sobota, 10 sierpnia 2019

Rozdział 9

W krainie agonii
Malfoy Manor, Wiltshire, 1999 rok 

Odgłos mielonych ziaren kawy na chwilę zagłuszył ciszę, która towarzyszyła wycieńczonej Gabrielle. Zapach świeżo upieczonych croissantów powoli rozpływał się w porannym powietrzu, kusząc zmysły, kiedy ręce i nogi ciążyły jej – tak – jak gdyby ważyły po sto funtów, a oczy zamykały się od braku snu. Czuła zmęczenie ludzi ciągnących za liny ciężkie kamienie na szczyt piramidy, mimo to wygładziła dłońmi strój służącej i schyliła się po stojącą na stole tacę ze śniadaniem. Ostrożnie uniosła ją oburącz, po czym weszła po schodach i podeszła pod pokój Astorii. Zapukała delikatnie. Jeszcze raz. I jeszcze. Nie usłyszała jednak nic poza lekkim szmerem, toteż nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się, wydając niewyraźny odgłos. 
— Mogę wejść, pani? — spytała.
Odpowiedziało jej wyłącznie głuche echo, więc ruszyła w głąb sypialni Astorii, a potem odłożyła tacę na stolik nocny i pochyliła się nad łóżkiem. Niby przez przypadek musnęła opuszkiem palców blady policzek dziewczyny, a ona przekręciła głowę na drugą stronę i spała dalej. Potrzebowała snu jak nikt inny, ale nie mogła tylko śnić podczas tych długich miesięcy, w których to miała odzyskać pełnię sił i kontrolę nad magią. W końcu musiała wyrwać się z objęć Morfeusza. Była spragniona i głodna, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. 
Gabrielle nie bardzo wiedziała, jak ją obudzić. Nie wypadało jej przecież potrząsnąć śpiącą Astorią. Nim jednak porządnie się nad tym zastanowiła, spostrzegła, że ktoś jej się przygląda. Nagle zamrugała jak szalona. Spojrzała na Astorię i napotkała jej wzrok. Wyglądała na zmęczoną. Nie próbowała tego w żaden sposób ukryć. Pod oczami miała sine kręgi, a grymas na twarzy z trudem można było uznać za uśmiech. 
— Proszę, niech panienka coś zje — powiedziała Gabrielle, kładąc na nogach dziewczyny tacę z parującymi francuskimi bułeczkami, znakomitymi dżemami, filiżanką herbaty i kubkiem gorącej kawy.
Głos służącej rozbudził ją całkowicie, więc usiadła na kwiecistym posłaniu i alabastrową dłonią odgarnęła z czoła swawolne kosmyki włosów. Niemal niezauważalnym ruchem dotknęła pięknie haftowanej koszuli, którą miała na sobie, i nieznacznie ją poprawiła. Następnie spróbowała wykwintnego śniadania, a gdy zorientowała się, że jej żołądek nie protestuje, poczuła głód i zaczęła się zajadać. Skończywszy dopijać herbatę z miodem, Astoria podniosła się, po czym stanęła na chwiejnych nogach i podeszła ku Gabrielle.
— Ocaliłaś mi życie — rzekła niespodziewanie dziewczyna. — Jestem twoją dłużniczką.
Gabrielle wbiła w nią zdezorientowany wzrok. Zabrała gwałtownie w połowie pusty kubek, który z kolei wysunął jej się z dłoni i upadł na podłogę, rozbijając się na drobne kawałki. Ciemna plama kawy szybko rozlewała się po dębowych deskach, a ona stała i patrzyła w bezruchu na Astorię, nie wiedząc, jak zareagować.
— Przepraszam! — krzyknęła i niewiele myśląc, poczęła zbierać pozostałości po bogato zdobionym kubku. — Zaraz przygotuję drugą, panienko Greengrass. — Ręce Gabrielle trzęsły się; nie panowała nad sobą. Oszołomione spojrzenie błądziło między zniszczonym naczyniem a zszokowanym wyrazem twarzy Astorii.
— Natychmiast zostaw te odłamki szkła. Skaleczysz się! — wrzasnęła bez uprzedzenia dziewczyna. — Skrzaty się tym zajmą.
Gabrielle w pierwszej chwili chciała ostro zaprotestować, ale wnet sobie uświadomiła, że nie ma miejsca w tym świecie na takie drobnostki, jak walka o wolność skrzatów domowych. Momentalnie zapomniała o sprzątaniu, wskazała na wspaniale szmaragdowo-srebrną suknię i powiedziała: — Panicz chciał, by ją panienka założyła.
Dziewczyna przyjrzała się krytycznie swojej pogniecionej, acz wytwornej koszuli nocnej. Było nie do pomyślenia, by w tym wyszła z sypialni, toteż po namyśle odrzuciła okrycie i wdziała elegancką kreację. Z pomocą zręcznych ruchów służącej zawiązała gorset, po czym usiadła na krześle przy toaletce i zaczęła się sobie przyglądać w lustrze. Wreszcie wzięła szczotkę i kilka razy przeczesała nią włosy, a kiedy ją odłożyła, z niechęcią omiotła wzrokiem Gabrielle. 
Zapuchnięta lewa powieka ciężko opadała, przysłaniając oko służącej. Siny policzek przybrał ciemnofioletową barwę. Na jego tle rysowała się pojedyncza, cienka linia zakrzepłej rany.
— Co z twoją twarzą? Czy… — Astoria zawahała się, lecz po jakimś czasie nachyliła się ku Gabrielle i lekko dotknęła jej wargi. — Czy to Draco cię uderzył?
Odsunęła się nieco, w porę jednak dobiegło ją syknięcie służącej.
— Mów — zażądała Astoria.
— Nie, panienko, to nic takiego — odparła Gabrielle, choć nie brzmiała zbyt przekonująco.
— Doceniam twoją wierność względem rodziny mojego narzeczonego. Nie musisz się jednak obawiać, możesz mi powiedzieć.
Również i tym razem dziewczyna nie uzyskała odpowiedzi. Nie próbowała po raz kolejny, uszanowała milczenie służącej. Była nawet dumna, że ktoś taki uratował jej życie. Gdy wstała, wolno podeszła do niej i wymierzyła w nią różdżkę.
— Nie bój się — powiedziała łagodnie.
— Nie powinna panienka czarować. To może zaszkodzić zdrowiu. — Służąca wzdrygnęła się, lecz przestała trząść.
Z różdżki Astorii wyleciał złocisty promień i zamigotał nad twarzą Gabrielle. Zajrzał w jej zapatrzone w krajobraz za oknem oczy, by na koniec przebić się przez cienką skórę i wyleczyć jej rany. 
— Więcej zrobić nie mogę. — Astoria przyłożyła swoją chłodną dłoń do czoła. Było gorące jak samo piekło. — Dolną wargę musisz wyleczyć sama, służko — dodała, patrząc na maleńki strup.
— Dziękuję, pani — szepnęła służąca i pogładziła rękoma miejsca, których wcześniej, ze względu na pojawiający się ból, nie mogła dotknąć. 
Ukłoniła się służalczo i już chciała odejść, gdy do sypialni wparował Draco. Przeczesał palcami zmierzwione włosy i nie zwracając większej uwagi na Gabrielle, zwrócił się do Astorii: 
— Jak się czujesz?
— O wiele lepiej, Draco — odparła i całą jej twarz rozjaśnił szczery uśmiech. — Dziękuję.
Podszedł do niej i dotknął dłonią pleców, a ona wolno się odwróciła. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Potem ujął jej podbródek, uniósł głowę, a na ostatek pochylił się i bardzo delikatnie ją pocałował.
— Wspaniale ci w tej sukni, Astorio.
W pewnym momencie zerknął z ukosa na Gabrielle, która wciąż nie opuściła pomieszczenia. Kiedy zorientowała się, że Draco jej się przygląda, gwałtownie wstała i ukłoniła się z szacunkiem.
— Czy mogę coś zrobić dla panicza? — spytała, nie podnosząc wzroku znad podłogi.
— Owszem. Moja matka wspominała, że odwiedzi nas wuj Rudolf. Powinien już tu być. Zejdź zatem na dół i przyjmij go należycie. — Przechadzał się nerwowo po pokoju. — Podaj mu, co tylko zapragnie. Nie możemy sobie pozwolić, by nazwisko Malfoy ucierpiało. Postaraj się niczego nie zepsuć, służko.
— Oczywiście, panie.
Wtem zza ściany dobiegło ciche dudnienie. Po krótkim wahaniu drzwi zaskrzypiały i otwarły się na całą szerokość. Gabrielle zlustrowawszy nieznajomego, zatrzymała się w bezruchu.
— Jak ty wyglądasz, Draco? — wycedziła Narcyza, gdy tylko ujrzała syna z wymiętą marynarką i poplamioną czymś modrawym koszulą. Po jakimś czasie utkwiła spojrzenie w Astorii. Znała ją. Należała przecież do zacnego rodu Greengrass. Wiedziała też o jej klątwie, lecz nie dała po sobie poznać, że zdziwiła ją obecność Astorii. Twarz Narcyzy wciąż była bez wyrazu, towarzyszył jej jedynie lekki grymas, który wpisywał się na stałe w jej rysy. — Witaj, Astorio. Miło znów cię widzieć.
— Panią również, pani Malfoy.
— Narcyzo. Wkrótce będziemy rodziną. — Jej oczy rozbłysły radością. — Wybacz mi moją bezpośredniość, jednak dawno nie odwiedzałaś Draco. Czy coś się stało?
— Matko! — zawołał ostrzegawczo Draco. — Pozwól jej odpocząć, wiele wczoraj zniosła podczas usuwania wszelkich pozostałości po czarnej magii. Nie czuje się najlepiej i obawiam się, że to potrwa klika dni. Miejmy nadzieję, że klątwa nie powróci ani się nie nasili — oznajmił, a kiedy mówił, gładził marynarkę, próbując wyprostować jej mankiety. 
Narcyza zmarszczyła brwi w zastanowieniu, po czym się odezwała:
— Czy to znaczy, że się udało? — Tym bardziej zdziwiła się, gdy Draco skinął jej głową na potwierdzenie. —  Nie lekceważ klątwy krwi, synu, to nie smocza ospa, a i jej – jak wiesz – trudno się pozbyć. Aczkolwiek nie czas na potyczki słowne, twój ojciec czeka na ciebie na dole razem z wujem. Niegrzecznie byłoby go nie przywitać.
— Oczywiście, matko, jeśli tylko dopilnujesz, by Astorii niczego nie brakowało.
— Naprawdę nie potrzeba, Draco — zaoponowała Astoria.
Narcyza otaksowała wzrokiem sylwetkę Astorii. Na kilka krótkich chwil jej spojrzenie zatrzymało się na sukni. Wrócił ból i żal, choć nijak niepodobny do tego, co czuła teraz do Draco. Była niemal pewna, że to on podarował tej dziewczynie pamiątkę po Belli. Lecz nie przyznała, jak bardzo ją zawiódł. Chciała raz na zawsze o tym zapomnieć. Wróciła więc myślami do życia doczesnego.
— Ależ trzeba. Matko?
— Idź już, synu — rzekła Narcyza głosem nieznoszącym sprzeciwu i to wystarczyło, by Draco odszedł. 

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Rozdział 8

Smocza przysługa
Malfoy Manor, Wiltshire, 1999 rok 

Widziała wyraźnie zamglone od łez oczy Astorii, jej usta otwierające się w niemym krzyku, ciało wyginające się w łuk, które – pomiędzy skurczami – raz za razem to opadało, to drgało. Kłęby czarnego dymu wdzierającego się przez szczeliny okien i drzwi, powoli wypełniały pomieszczenie i płuca zatęchłym powietrzem. Słyszała rozpacz w głosie Draco, kiedy skórę dziewczyny pochłonął płonący żywym ogniem pył. Lecz nie to najbardziej przeraziło Gabrielle, tylko tańczące wokół serca Astorii ogniki. Z czasem przestały się jarzyć mrocznym światłem i zgasły, znikając w niej zupełnie, podobnie jak wypryski zdobiące jej twarz.     
— Astoria! — wołał zrozpaczony Draco.
Nie mogła go usłyszeć, bo wciąż była nieprzytomna. Jej głowa spadała z mahoniowego blatu. Niegdyś lśniące brązem włosy spływały na bok, odsłaniając białka oczu. A w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem widniały małe promyki, pozostał szkarłatny ślad, który wniknął głęboko w klatkę piersiową i rozlał się niczym ciecz po żyłach. Krew na nowo zabarwiła policzki Astorii, skóra stała się niemal alabastrowa. Zaróżowione usta rozchyliły się zachęcająco do pocałunku. Wszystko ustało.
— Draco. — Głos Astorii był słaby, nieco zachrypnięty.
— Już wszystko dobrze. — Uśmiechnął się czule i objął ją ramieniem. 
Dopiero wtedy poczuła, jaka jest przemarznięta. W jednej chwili zapragnęła bliskości. Z całej siły starała się przyciągnąć go do siebie i wtulić w jego silny tors. Chciała poczuć ciepło, którym nigdy wcześniej nikt jej nie darzył, toteż niepewnie oparła głowę o ramię Draco, biorąc głęboki oddech. Odurzona zapachem męskich perfum przywarła do niego jeszcze bardziej, jakby obawiała się, że to kolejny sen. 
Niespodziewanie jej wzrok spoczął na siedzącej w fotelu Gabrielle. Przypatrywała jej się, nic nie mówiąc, choć nie znaczyło to, że nic nie myślała. Opadały jej powieki, ogarniało ją zmęczenie, ale umysł wciąż miała trzeźwy i – nie wiedzieć czemu – służąca ją intrygowała. Może niespokojny ruch Draco wyrwał ją z zamyślenia, a może fakt, że wyplątał się z jej objęć i podszedł, wysunąwszy dłoń z różdżką, do Gabrielle.   
— Draco — szepnęła Astoria. — To dzięki niej żyję, prawda?
Ponownie przytulił ją mocno, jak gdyby na potwierdzenie. To wystarczyło, by Astoria poczuła się bezpieczna, by uwierzyła, że to dzieje się naprawdę. Wreszcie była wolna od rodzinnej klątwy. Mogła zacząć życie na nowo. Chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz nie miała tyle energii. Słabość przejęła kontrolę nad jej bezradnym ciałem.
— Dziękuję — zdołała wykrztusić, zanim osunęła się w opiekuńcze ramiona Draco.
Przez moment wyglądał na rozczarowanego, potem przypomniał sobie, dlaczego leżała teraz nieprzytomna. Nie położył jej jednak na powrót na twardym blacie biurka, nie ułożył też w żadnym z foteli, a jedynie przygarnął bliżej siebie. Odgarnął kosmyk włosów z mokrego od potu policzka Astorii, ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją delikatnie w usta. To znaczyło więcej niż tysiąc słów. 
Gabrielle nie sądziła, że będzie kiedykolwiek świadkiem równie intymnej sceny. Prawdę mówiąc, nigdy by nie posądziła Draco o tak subtelny dotyk. Zawsze wydawał jej się zimny i pozbawiony uczuć, tymczasem na widok Astorii lód, który niegdyś zmroził serce chłopaka, stopniał pod tchnieniem wytrwałej miłości. Istotnie była to namiętność, jakiej sama Gabrielle nie doznała w życiu ani razu. Czuła się wyjątkowo nie na miejscu, przyglądając im się przez cały ten czas, więc odwróciła wzrok i starała się być najciszej jak potrafiła. Zdawało jej się, że oboje zapomnieli o jej obecności, choć żadne z nich nie potwierdziło tego zachowaniem. A jeśli nawet nie byli świadomi istnienia Gabrielle, to tylko przez krótką chwilę, bo w końcu Draco spojrzał na służącą i przywrócił na jej nadgarstek złotą bransoletę.
— Przyszykuj pokój Astorii i zadbaj, by odzyskała siły — powiedział Draco.
Otworzył wielką skrzynię, która stała przy ścianie, pogrzebał w niej, a potem wyjął pięknie uszytą szmaragdową suknię ze srebrną lamówką i bogatym haftem. Wyciągnął ją ku służącej.
— Należała kiedyś do mojej ciotki, Bellatrix. Miała ją na sobie w dniu zaślubin mojej matki. — Draco położył suknię na skrzyni i długo milczał nim dodał: — Od czasu jej śmierci matka popadła w ogromną rozpacz i nie pozwala zaglądać do tego kufra. 
— Przykro mi, paniczu. — Gabrielle widziała, jak posmutniała jego twarz.
— Dopilnuj, by Astoria ją założyła. To rodowa pamiątka. — Odwrócił się gwałtownie. — Dziękuję.
Gabrielle nie przypuszczała, że będzie jej wdzięczny i chyba to wiedział, bo od razu jego kąciki ust uniosły się w ironicznym uśmiechu. Kiwnęła głową na znak, że nigdy nie zapomni tego, co się dziś tutaj wydarzyło. 
— Czy to aby na pewno odpowiedni moment? Pańska matka może to źle odebrać, paniczu — rzekła, skłoniwszy się służalczo.
— To już nie twój interes, służko — uciął szybko Draco.
— Naturalnie, panie.
~*~
Gabrielle minęła ogromny hol z kamiennymi rzeźbami i kryształowymi wazonami, gdy usłyszała miarowy stukot obcasów, najpierw cichy, potem coraz głośniejszy. Przystanęła i potoczyła wzrokiem dookoła, jakby trochę zagubiona. Od czasu do czasu docierały do niej strzępki słów, lecz nic z tego nie rozumiała. Z czasem przywykła do dwóch głosów: cynicznego, należącego najprawdopodobniej do mężczyzny, i przyzwyczajonego do wydawania rozkazów głosu kobiety. Nie potrafiła jednak odgadnąć, kim są ich właściciele, i wcale tego nie pragnęła. Była śmiertelnie zmęczona. Chciała jedynie położyć się w swoim łóżku i nieco odpocząć. Już miała odejść, kiedy znikąd dobiegły ją słowa, których znaczenie pojęła w mig. Po raz drugi tego dnia poczuła, że znajduje się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze. 
— Nie możesz pozwolić, by spotykali się w naszym dworze. To trwa za długo, Lucjuszu.
Stało się oczywistym, że owymi nieznajomymi są państwo Malfoyowie. Nagle Gabrielle wzdrygnęła się. Zaszumiało jej w głowie. Ogarnęła ją przemożna chęć ucieczki, mimo to skryła się za jedną z gablot, wypełnionych po brzegi porcelaną.
— Czarny Pan… — zaczął mężczyzna, ale nie skończył, bo niemal od razu przerwała mu kobieta.
— Czarny Pan zwyciężył i my mu w tym pomogliśmy, Lucjuszu. Czy nie zrobiliśmy dla niego wystarczająco wiele? To rodzinna posiadłość. Chyba o tym zapomniałeś — powiedziała z oburzeniem, otulając się ciaśniej futrem. — Ile musi jeszcze znieść twój syn, ile muszę znieść ja, byś sobie o tym przypomniał? 
— Wybrał nas, Narcyzo. Wiesz doskonale, że nie możemy mu się sprzeciwić. 
— Wybrał ciebie, Lucjuszu! Ja nigdy nie dołączyłam i nie dołączę do śmierciożerców — powiedziawszy to, odwróciła się z kamienną twarzą i ruszyła ku marmurowym schodom, a tren jej sukni powlókł się za nią.
Wtedy Lucjusz chwycił ją za nadgarstek i szarpnął ostro, zmuszając, by została i go wysłuchała.
— Dlaczego się tak zachowujesz?
— Mam dość, Lucjuszu. — Wyswobodziwszy się z jego uścisku, cofnęła się, zatrzymując na nim swój wzrok. — To trwa za długo — powtórzyła, odchodząc. 
Gabrielle usłyszała, jak Narcyza mówi szorstkim tonem do nieznanej jej służącej, by pod żadnym pozorem nie wpuszczała nikogo do jej sypialni. Sądziła tym samym, że rozmowa dobiegła końca i Malfoyowie opuścili salon, ale Lucjusz znów ją zaskoczył. Pociągnięta z całej siły Gabrielle, nie zdołała zasłonić się rękoma przed bezlitosnym uderzeniem w twarz. Z jej ust buchnęła krew. Nim odzyskała świadomość, Lucjusz złapał ją mocno za ramiona, zmuszając, aby uklękła. Zacisnęła zęby. Powoli dźwignęła się, lecz z powrotem runęła z głuchym łoskotem na podłogę, a jej mięśnie zadygotały z wysiłku. Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w źrenice. Wówczas wymierzył w nią różdżkę.
— Jak śmiesz podsłuchiwać nasze rozmowy, służko?! 
Spuściła wzrok zawstydzona.
— To oduczy cię wtykania nosa w nieswoje sprawy. — Lucjusz uniósł wysoko różdżkę, gotowy do wymierzenia kary, tak, jakby właśnie przed chwilą tego nie zrobił.
— Ojcze! — zawołał niespodziewanie Draco, schodząc ze schodów. — Co ty wyprawiasz z moją służącą?
— Z twoją służącą? — Zdziwiony zerknął z ukosa na syna. — O ile mnie pamięć nie myli ani ja, ani twoja matka nie przydzieliliśmy ci osobistej służącej. Możesz mi zatem powiedzieć, co przez to rozumiesz?
— Ona — zaczął, a Gabrielle mimowolnie skuliła się, czekając na to, co się zaraz wydarzy — uratowała Astorię.
— To absurd! Nie istnieje zaklęcie usuwające efekty czarnej magii, Draco — zapewnił, uśmiechając się ironicznie. — Czarny Pan wyraźnie powiedział, że Astoria umrze.
— Też tak myślałem, dopóki ona go nie znalazła, ojcze — odparł, wskazując różdżką na leżącą służącą. 
Lucjusz przyglądał się jej z fascynacją, a dziewczyna nie wiedziała, czy zaintrygowało go ciało, czy też spływająca z wargi krew. Zbyt wiele myśli towarzyszyło Gabrielle, żeby mogła w pełni otrząsnąć się po upadku i zrozumieć, co się tak właściwie stało. 
— Nie mam pojęcia, jak tego dokonała, ale Astoria żyje. Co prawda jest słaba, potrzebuje czasu, by powrócić w pełni do zdrowia, jednak w jej ciele już nie ma śladów czarnej magii. Możesz w to wierzyć bądź nie, ale udało się — rzekł poważnie Draco.

niedziela, 14 lipca 2019

Rozdział 7


Płomienna nadzieja
Malfoy Manor, Wiltshire, 1999 rok

Otaczała ją zewsząd nieprzenikniona ciemność, toteż gdy rozchyliła powieki, nie dostrzegła niczego poza mrokiem. Po omacku odszukała kawałek brudnego materiału i przycisnęła go do piersi, próbując się choć odrobinę ogrzać. Wciąż jednak dokuczało jej przenikliwe zimno i dziwne wrażenie, jakby coś pełzało po jej skórze. Spojrzała na swoje nogi, ale i tym razem nic nie zobaczyła. Z czasem oczy przyzwyczaiły się i z mroku poczęły się wyłaniać poszczególne kształty. Wówczas zdała sobie sprawę, że to nie robaki ją dręczyły podczas snu, a wstrętne szczury. Chodziły po jej ciele, dopóki nie zorientowała się i nie zrzuciła ich z siebie z piskiem. Gabrielle zatrzęsła się, tym razem ze wstrętu, i wtedy odurzył ją metaliczny zapach. Z przerażeniem rozejrzała się dookoła. Była prawie pewna, że to krew. Zbladła i osłupiała. Tępym wzrokiem wpatrywała się w przeciwległą ścianę, pod którą leżał w kałuży zwinięty i otulony kocem chłopak. 

Gabrielle podniosła się, bez większej nadziei, by upewnić się, że to tylko zwłoki. Zawahała się, lecz nie cofnęła ani o krok. Coś innego przykuło jej uwagę. Coś, co z daleka wyglądało jak zwały gruzu, ale z bliska okazało się stertą materiałów, spod której wystawała duża, acz koścista dłoń. Służąca natychmiast odrzuciła tkaniny, wygrzebując sczerniałe ciało, po czym pochyliła się nad nim i przyłożyła ucho do piersi dziewczyny. Nadal oddychała, choć jej serce biło niespokojnie. Była słaba i wycieńczona.

— Słyszysz mnie? — szepnęła Gabrielle.

Nim dziewczyna odpowiedziała, utkwiła w niej nieobecne spojrzenie i skinęła niedostrzegalnie głową. 

 Służąca zbliżywszy się do jej wychudłej, posiniaczonej twarzy, poznaczonej bliznami i zakrzepłą krwią, wytężyła słuch. Wtenczas usłyszała prośbę: 

— Pomóż mi. 

— Ja… Nie mogę ci pomóc — przyznała po chwili.

Mimo to nadal wracała do niej uporczywa myśl, że przecież może ocalić tę dziewczynę, ulżyć jej cierpieniu. Jednak nie była już tak odważna jak kiedyś. Dawniej nie zastanawiałaby się, tylko chwyciłaby ją za ręce i podniosła do pozycji półsiedzącej, a następnie spróbowała za wszelką cenę wyprowadzić z celi. Dziś  rozważała, czy w ten sposób nie zniszczy i tak kruchych relacji z Malfoyami. Czy to nie zaważy na jej losie? Brzmiało to co najmniej egoistycznie, lecz Gabrielle nie mogła myśleć inaczej. Nie teraz, gdy zmieniły się czasy i ona, kiedy dostała od Rona szansę na życie w ukryciu. Musiała dbać o najmniejszy szczegół. Każde potknięcie sprawiało, że jej obietnica stawała się pustymi słowami, a marzenie o dokonaniu zemsty oddalało się podobnie jak służąca. Z kolejnymi krokami jej serce biło coraz mocniej, jakby pragnęło zagłuszyć głos rozsądku. 

— Przepraszam — cicho wydukała i odwróciła na moment wzrok, nie chcąc oglądać rozczarowania w piwnych oczach nieznajomej, która nie poddawała się i stale błagała: 

— Proszę… Potrzebuję wody. 

Podczas gdy Gabrielle snuła się w czeluściach nocy i słuchała łkania, dręczyło ją sumienie. Nie potrafiła odejść i zapomnieć, choć jej kara powoli dobiegała końca, o czym świadczyło wynurzające się znad horyzontu przygaszone słońce. Nie miała pojęcia kim jest dziewczyna, lecz czuła się tak, jakby znała ją od bardzo dawna. Przyglądała się jej w skupieniu, nie mogąc rozpoznać rysów twarzy.

— Powiedz mi, proszę, kim jesteś? 

Nieznajoma, rzuciwszy niedbałe spojrzenie, odwróciła głowę, po czym przyciągnęła do niej kolana, na których wyraźnie odznaczały się blizny po ranach ciętych. Milczała tak długo, że służąca straciła jakąkolwiek nadzieję na uzyskanie odpowiedzi. 

— Ginny Weasley.

— Nie, nie… — Zszokowana Gabrielle odskoczyła od niej niemal natychmiast i złapała się za usta, jak gdyby miało ją to powstrzymać przed wybuchem płaczu. 

Dziewczyna skuliła się odruchowo, nie mówiąc już nic więcej. Żałowała, że powiedziała cokolwiek, bo nie przyniosło jej to ani ulgi, ani korzyści. Prawdę mówiąc, nie osiągnęła żadnego efektu poza zaskoczeniem Gabrielle. Dziwiła ją odrobinę jej reakcja, chociaż – jakby się nad tym zastanowić – wcale nie była osobliwa. Nazwisko Weasley jako jedne z nielicznych tkwiło na liście zdrajców krwi. Zatem miała do czynienia nie tylko ze służącą, ale i wyznawczynią ideologii Czarnego Pana. Pozostało więc czekać na śmierć.

— To niemożliwe. Nie możesz być Ginny. Proszę, tylko nie to. — Słowa Gabrielle przecięły zgęstniałe z nerwów powietrze.

Nie minęła minuta, a służąca pojęła swój błąd. Zbliżywszy się do krat, otarła szybkim ruchem dłoni łzy, a potem po prostu wyszła. Nie miała pojęcia, czy bransoleta nie ściśnie jej przegubu, nie rozbłyśnie i nie wrzuci z powrotem do lochu. Nic podobnego jednak się nie stało. Zatem kara dobiegła końca. Odtąd Gabrielle mogła opuścić lochy i w każdym momencie do nich wrócić. Tak też zrobiła, a kiedy wróciła, w ręce trzymała szklankę.

— Wypij — szepnęła niespodziewanie, na tyle niespodziewanie, że Ginny nawet nie zwróciła na nią uwagi. Dopiero po chwili dostrzegła wodę i łapczywie ujęła w dłonie naczynie, by później wychylić jego zawartość. Krople wody spływały jej po brodzie i spadały, znajdując ujście na rozdartej sukience. Ruchy dziewczyny naraz stały się gwałtowne, wręcz paniczne. Jednocześnie nieco się ożywiła i odzyskała rezon.

— Dlaczego? — zapytała; zdawać by się mogło, że gniewnie.

— Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Inaczej obie zginiemy — ucięła krótko służąca, otrząsając się z zimna.

— I tak zginiemy. — Ginny zaśmiała się gardłowo, patrząc, jak Gabrielle sięga drżącą ręką po pustą szklankę.

— Nawet jeśli, to jestem jedyną osobą, która sprawi, że nie będziesz tak bardzo cierpieć. Masz prawo mi nie ufać, jednak ci pomogłam i mogę to robić dalej. Reszta wydaje się nieważna.

Ginny oparła się plecami o chłodną, kamienną ścianę i gorączkowo zassała powietrze. Nie tak wyobrażała sobie życie. Nie dane jej było ułożyć go po swojemu. Przewrotne fatum odebrało jej miłość, przyjaciół, rodzinę. Nie pozwoliło nacieszyć się czasem wspólnie spędzonym z Harrym, spełnić najskrytszych marzeń, zrealizować planów. Wiele straciła przez zaślepienie śmierciożerców ideą czystości krwi. W zamian spotkało ją upokorzenie. Musiała się zgodzić, nie miała zbytniego wyboru. Chodziło o szybką śmierć, bez tortur i bólu. Skinęła więc głową na znak zgody.

— Dziękuję.

Gabrielle nie wiedziała, ile czasu minęło odkąd znalazła się w lochach, jednak skrycie wierzyła, że zrobi wszystko co w jej mocy, by pomóc Ginny. Wyłącznie tak mogła odwdzięczyć się Ronowi. 

~*~

Nie zapomniała też o Astorii, której nie znała, a którą poprzysięgła uratować. Nie podda się – a na pewno nie w takim momencie, kiedy czar leżał na wyciągnięcie dłoni – aż wreszcie pewnej nocy w bibliotece znalazła go, czar oczyszczający.

Gabrielle z przerażeniem wpatrywała się w witrynę, w której widniało jej rozmazane odbicie, szukała niejako potwierdzenia, że już czas zaryzykować. Z nożem na gardle wstała i ruszyła ku drzwiom prowadzącym najpewniej do gabinetu Draco. Przez chwilę się wahała, ale w końcu otworzyła je i zobaczywszy panicza za stosem papierów, uśmiechnęła się delikatnie, po czym wykonała uprzejmy ukłon.
Draco spojrzał na nią przeciągle, bez słowa, a potem zerknął na zegarek i nie mówiąc zupełnie nic, rozpłynął się w powietrzu niczym kamfora. Wiedział, co się stało i nie marnował ani chwili. Gdy zjawił się ponownie, trzymał w ramionach omdlewającą Astorię i szeptał jej do ucha: wszystko będzie dobrze. Była śmiertelnie blada, jej skórę pokrywały wypryski o nienaturalnie niebieskim odcieniu, usta siniały, a matowe włosy okalały lśniącą od potu twarz. Umierała.

Draco ułożył ostrożnie Astorię na hebanowym biurku, jakby była najkruchszą istotą, jaką znał. Następnie przetarł dłonią twarz, na której malowało się zmęczenie, i powiedział poważnie do Gabrielle: 

— Zrób wszystko, żeby przeżyła. — Przyłożył koniec różdżki do jej bransolety, a ta rozbłysła jaskrawym złotem, by zaraz rozwiać się jak dym. Gabrielle w dalszym ciągu widziała jej zarys, choć nie była już tak wyraźna jak przedtem. 

— Nie próbuj niczego, służko — rzekł lakonicznie Draco. 

Gabrielle jednak nie musiała go pytać, co chciał powiedzieć, doskonale zdawała sobie sprawę, co miał na myśli. Odblokował jej zdolności magiczne. Wystarczyło rzucić zaklęcie niewybaczalne i uciec. Tylko gdzie? Nie był to najlepszy pomysł, bo prędzej czy później Malfoyowie by się zemścili, dlatego kompletnie rozbita powlokła się do biurka i przyjrzawszy się jeszcze raz Astorii, uniosła różdżkę, którą przyniósł jej Draco, a następnie rzuciła: — Perdere!



niedziela, 7 lipca 2019

Rozdział 6


Paskudka
Malfoy Manor, Wiltshire, 1999 rok

Gabrielle przez moment była tak zaskoczona, że dopiero w chwili olśnienia zrozumiała, jakie zadanie postawił przed nią Draco. Mimochodem zalała ją fala przerażenia.
— To niewykonalne — westchnęła, ale w głębi duszy czuła, że to dla niej szansa na ponowne zaistnienie w czarodziejskim świecie. Mogła jednocześnie wiele zyskać i stracić. Wystarczyło bowiem by nieodpowiednia książka powędrowałaby w ręce Draco, a przegrałaby. Nie trudno przecież skojarzyć fakty, dodać dwa do dwóch i ostatecznie odkryć, że jest nikim innym jak Hermioną Granger. Z drugiej strony i Draco poniósłby porażkę. Nigdy więcej nie zobaczyłby Astorii. Jak zatem rozwiązać ten problem, by każde z nich osiągnęło upragniony cel?
Przez głowę Gabrielle przemknęła przerażająca myśl. Wzdrygnęła się na wspomnienie kołyszącego nią – w imię wolności – wiatru. Próbowała przekonać samą siebie, że to lekkomyślne i daremne, ale chęć ucieczki przed rzeczywistością pozostała.  
Zegar tykał, bezlitośnie wypominając każdą sekundę. Nie było czasu do stracenia. Gabrielle musiała jak najszybciej zacząć działać; sięgnęła więc dłonią po leżące na biurku notatki. Podnosiła kartkę po kartce, jakby je przeglądała. Potem wertowała stare woluminy niczym zeszyty linijkowe. Nie znalazła w nich jednak nic, co mogłoby w jakiś sposób okazać się użyteczne. 
— Gdybyś tu był… — szepnęła, lecz słowa ugrzęzły jej w krtani jak ostrza w, gotowym do zmielenia świeżych ziaren kawy, młynku. Znów śniła na jawie sen. Widziała go przed sobą: rudowłosego chłopaka, jakby dopiero co się z nią pożegnał. Mara wydawała się tak realistyczna i wstrząsająca zarazem, że dziewczyna zamarła na chwilę w niezwykle niewygodnej pozie. I choć liczyło się tylko zaklęcie, nie potrafiła odgonić nawracających wspomnień. Jeszcze niedawno to on szukał dla niej czaru…
— Posłuchaj, znalazłem! Jesteśmy uratowani! — Poliki Rona zapłonęły czerwienią. Był wyraźnie podekscytowany. — Gdy nie będzie już nadziei, rzucę na ciebie ten urok. Nie rozpoznają cię, przeżyjesz, Hermiono — mówił gorączkowo.
— Nie możesz, Ron. Co z innymi? Mamy ich zostawić na pastwę śmierciożerców? Wiesz, co się stanie? — wyrzuciła z siebie te słowa ze złością.
— To nas szukają, a przede wszystkim Harry’ego. Nie pozwolę byś zginęła. Obiecaj mi, że zrobisz wszystko, by przeżyć — powiedział, po czym objął jej twarz dłońmi i zmusił, żeby spojrzała mu w oczy. — Obiecaj, Hermiono. 
— Ty również mi obiecaj, Ron.
Nastała martwa cisza. Każde z nich wstrzymywało oddech niepewne, czego ma się spodziewać. Lecz milczenie było niejako odpowiedzią, bezgłośną mową ich serc, poza którą nic nie istniało.
— Obiecuję — powtórzyła, a wspomnienie odeszło.
Gdyby otworzyła teraz drzwi i uciekła, rozczarowała by Rona. Nie miała też dokąd zbiec. Gdziekolwiek by się nie zatrzymała, znaleźliby ją. Bransoleta bez problemu wskazałaby kryjówkę poplecznikom Czarnego Pana, a nie można było jej ot tak zdjąć. Tylko czarodziej prawdziwie czystej krwi potrafił odpiąć te czarodziejskie kajdany, blokujące wszelkie zdolności magiczne. Poza tym Gabrielle całkowicie rozumiała Draco i jego ból. Nic więc dziwnego, że jakaś jej część chciała go ukoić. 
Czytała pobieżnie tom za tomem, unikając przy tym czarnomagicznych ksiąg, które zwyczajnie były dla niej zbyt niebezpieczne. Gdy wydawała się już bliska znalezienia odpowiedzi, coś jej umykało. Czuła, że rozwiązanie ma na końcu języka, ale nie mogła sobie przypomnieć zaklęcia, tak jakby razem z tożsamością zniknęła jej niezawodna pamięć; toteż wciąż kartkowała książki. W pewnym momencie Gabrielle zaczęły opuszczać siły. Powieki powoli stały się nadzwyczaj ciężkie, głowa opadała bezwładnie na opasłe woluminy, aż wreszcie z ust spłynęła długa strużka śliny. Jej ciało mimowolnie się rozluźniło, a płytki, urywany oddech zmienił się w łagodny i całkiem miarowy; zasnęła. 
Z chwilą kiedy odpłynęła w ramionach Morfeusza, w bibliotece zapanował dziwny niepokój. Witryny to unosiły się, to opadały. Księgi drgały. Pomieszczenie przepełniały magiczne wibracje, które w głównej mierze kumulowały się wokół służącej. Nagle powietrze zgęstniało na tyle, że zaczęło przypominać szkło. W ślad za nim niewidzialna, ogromna fala gęstego dymu przetoczyła się przez regały wprost na Gabrielle. Otoczyła ją zewsząd, po czym wyrzuciła daleko stąd, poza ściany książkowej otchłani, jaką było to miejsce.
Później dało się już słyszeć tylko gromki huk. Dziewczyna upadła na marmurową posadzkę tak ciężko, że poczuła niemal każdy pierwiastek swojego ciała. Wnet wybudziła się z pozornie głębokiego snu. Wstała i przestąpiła kilka kroków do przodu, usiłując pojąć, co się właściwie stało. Zrozumienie jednak nie nadeszło, bo nic szczególnego się nie zdarzyło, poza tym że niezauważalna siła wyrzuciła ją z biblioteki, którą, ze względu na okoliczności, nie do końca sama mogła opuścić. Wciąż zmęczona i przytłoczona obowiązkami, z kompletnym mętlikiem w głowie, ruszyła ku krętym schodom, prowadzącym do wytwornego salonu Malfoyów. Gabrielle minęła parę stopni, gdy spostrzegła kogoś na dole. Zatrzymała się. Przez długi czas przyglądała się owej sylwetce, ale była jakaś obca, dlatego też nieznacznie przybliżyła się do niej. Widok nie uległ poprawie, a wszystko przez panujący mrok i wysokie obicie fotela, w którym, nieznany Gabrielle czarodziej bądź czarownica, siedziała. Jedynym co dostrzegła dziewczyna, była kryształowa karafka z bursztynowym płynem i stojąca nieopodal – na wpół wypełniona, na wpół wypita – szklanka. 
Kiedy dziewczyna śledziła ruchy ręki przybysza, cicho zastanawiała się nad jego twarzą. Czy ją zna? Nienawidzi? A może uwielbia? Z całych sił powstrzymywała pragnienie ujrzenia oblicza obcego, bo mimo wszystko wiedziała, że to niebezpieczne i lekkomyślne. Podczas gdy ona walczyła sama ze sobą, obok fotela niespodziewanie pojawiło się niebywale małe stworzenie o długich, nietoperzowatych uszach, olbrzymich, topazowych oczach oraz nosie wielkości i kształtu dorodnej marchewki. Poszarzała skóra zwisała luźnymi fałdami wokół szczęki istoty, która była tak szkaradna, że Gabrielle musiała odwrócić wzrok. 
— Paskudka przyszła powiedzieć, że ktoś czeka na wielmożnego pana. Paskudka przeprasza, że musi ją pan oglądać. — Skrzat nie śmiał spojrzeć na swojego pana. Stał bez ruchu i przyglądał się gasnącym w kominku ognikom.
— Przyprawiasz mnie o mdłości — powiedział wyraźnie zniesmaczony Lucjusz Malfoy, a chłód w jego głosie owiał dygocące ze strachu ciało Paskudki. — Miałaś nie zjawiać się nieproszona, a mimo to tu jesteś, skrzacie. — Lucjusz wstał gwałtownie. Górna, idealnie gładka warga uniosła się subtelnie w cynicznym uśmiechu, ukazując śnieżnobiałe zęby. Zadbana dłoń odnalazła, ozdobioną srebrną główką węża, rękojeść różdżki. — Zasłużyłaś na karę, skrzacie.
Gabrielle przypatrywała się z daleka Lucjuszowi. Myślała o nim i kto wie, może próbowała odszukać we wspomnieniach. Dziś ujrzała go po raz pierwszy, odkąd wyszła z lochu i została służącą – choć doskonale pamiętała jego długie, platynowe włosy opadające wdzięcznie na rozłożyste ramiona, twarz o arystokratycznych rysach i stalowoszare oczy, przeszywające lodowatym spojrzeniem. Gabrielle nigdy nie spotkała równie przystojnego i okrutnego mężczyzny, który potrafił doprowadzić na skraj obłędu wyłącznie za pomocą słów. Z niemalże stoickim spokojem badała jego postawę, dopóki nie uniósł wysoko różdżki i nie skierował jej na Paskudkę, wtenczas rzuciła się ku niej nieświadomie i zasłoniła ciałem.
— Nie! — Jej rozpaczliwy krzyk rozdarł ciszę.
Jadowicie czerwony promień pomknął do przodu i trafił ją prosto w serce. Zamarła w niewyobrażalnym bólu. Z pustych, wypełnionych czarnymi jak węgiel źrenicami oczu, spłynęły wydłużone krople krwi i zaznaczyły bieg na zsiniałych policzkach. 
— Zadziwiające jak łatwo tacy jak ty odnaleźli się w nowej roli, zupełnie jakby była im przeznaczona. — Lucjusz przyglądał jej się w głębokim zamyśleniu, z dziwnym wyrazem twarzy i rozbawieniem tlącym się w kącikach ust. — A jednak to za wiele, skoro równasz się ze skrzatem, służko — wycedził, kiedy przerwał zaklęcie.
Paskudka wpatrywała się z przerażeniem w bladą twarz Gabrielle, aż w końcu Lucjusz przypomniał sobie o skrzatce i jednym ruchem ręki odesłał ją do pracy.
— Wstrętne stworzenie — warknął, a następnie chwycił w dłoń szklankę ze złocistożółtym trunkiem i wychylił go jednym haustem. — Nie mam wątpliwości, że loch byłby najbardziej odpowiedni w tej sytuacji. Z pewnością ci się spodoba — zadrwił i kucnął obok niej, po czym złapał brutalnie za podbródek i przyjrzał się uważnie. Gabrielle spuściła wzrok. Chciała się od niego odsunąć, lecz jej nie pozwolił. — Wszak to tam spędzisz dzisiejszą noc. 
Uczucie strachu przegrało z ciekawością i dziewczyna uniosła głowę, spojrzała na Lucjusza, ale nie trwało to długo, bo niemal od razu odurzyło ją zimno w jego oczach i odwróciła się speszona. 
— Nie waż się więcej mi przerywać. Możesz odejść. 
Lucjusz nie zwrócił uwagi na niski ukłon Gabrielle, jej chwiejny krok, gdy odchodziła, a nawet strach błąkający się w zasnutych mgłą tęczówkach, kiedy znikała w mroku nocy, schodząc do lochu. 


wtorek, 2 lipca 2019

Rozdział 5


Smak smutku
Malfoy Manor, Wiltshire, 1999 rok 


Krople deszczu cicho bębniły, uderzając o szybę okienną, podczas gdy wrota skrzypiały, próbując zatrzymać na zewnątrz niechciany wiatr. Witryny od dłuższego czasu nie zmieniały miejsca. Zastygły, podobnie jak zawisłe w powietrzu księgi i, wpatrująca się usilnie w odległy punkt na ścianie, Gabrielle. W jej oczach odbijało się zmęczenie. Mimo to wciąż trwała w odrętwieniu, niezdolna poruszyć ani ręką, ani nogą. Marszczyła uparcie brwi, pocierając przy tym raz po raz czoło. Obawiała się, że nie jest już sama i że nigdy nie była. Nie trudno przecież o wzbudzenie podejrzeń; szczególnie w takiej rodzinie jak Malfoyów, która, w swoim wyrachowaniu, dbała o ostrożność. Równie dobrze Gabrielle mogła być przewrażliwiona na tym punkcie, choć ewidentnie czuła na sobie czyjś wzrok. Czy to książki? Zaklęcia śledzące? A może omamy?
Wszystko zamarło jakby pod spojrzeniem Meduzy. Czas zwolnił. Zdawałoby się nawet, że jego rytm wyznaczał ledwie słyszalny oddech Gabrielle. Przerywany rozpaczliwym biciem jej serca, które z chwilą nabrania nowego tempa, zaczęło pompować krew z nadzwyczajną siłą.
Wtem Gabrielle odwróciła się nieznacznie, lecz poza regałami i księgami nie dostrzegła niczego niepokojącego. Odetchnęła z ulgą, nieco uspokojona, choć wrażenie bycia obserwowaną pozostało. Rozejrzała się gwałtownie i wtenczas zauważyła wysoki cień. Gdy ochłonęła ze zdziwienia i uważniej mu się przyjrzała, uświadomiła sobie, że patrzą nań szare, bystre, rozbiegane oczy. Były wszędzie. Błądziły od bogato zdobionej ramy okiennej, aż do jej ciała. Mimo to widziały jedynie obraz z wyobraźni. Czarownicę o intensywnie brązowych włosach, żegnającą go przelotnym muśnięciem ust w policzek. Wspomnienie Astorii pochłonęło go do cna i ogłupiło zmysły. Przez moment Gabrielle przypatrywała mu się z zacięciem, próbując odgadnąć jego myśli. On tymczasem stał w głębi biblioteki, a jego platynowe włosy opadały swobodnie na szczupłą, o lekko zarysowanych kościach policzkowych, bladą jak mleko, twarz, która nie wyrażała zdumienia ani złości. Zmienił się, odkąd ostatni raz Gabrielle go widziała. Co prawda sine obwódki wokół oczu zniknęły, ale w obliczu Draco wciąż rysowało się zmęczenie. Coraz mniej przypominał swojego ojca. Choć nie brakowało mu sprytu i cynizmu, to miał w sobie szczyptę szaleństwa Bellatriks.
Gabrielle miała ochotę roześmiać się na całe gardło, ale nie udało się jej, bo skołatane nerwy i zastraszone serce nie uznawały śmiechu. W zamian jej usta wykrzywiły się w paskudnym grymasie, a ona sama skłoniła się przed Draconem, próbując nie zastanawiać się nad absurdem tej sytuacji, nad tym jak podobni teraz się wydawali. Oboje pogrążeni w zadumie, oderwani od świata doczesnego, żyjący w klatce wspomnień. Dzieliło ich wiele: idea, czystości krwi, status, przekonanie o słuszności dokonanych zmian czy wojna, lecz jednocześnie łączyła ich strata i chęć odnalezienia bliskich osób, nawet jeśli tylko w odmętach umysłu.
— Czy… — Ciało Gabrielle zaczęło dygotać. Strach przejął nad nim kontrolę. — Mogę w czymś pomóc, paniczu Malfoy? — Histerycznie piskliwy głos Gabrielle ledwo wydobywał się z krtani, zaciśniętej niemal jak kajdany u więźnia.
Draco spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem i, nadal nie zdając sobie sprawy z jej obecności, dotknął dłonią policzka, którego zwykła dotykać Astoria. Minął długi czas nim wyrwał się z otępienia i powrócił.
— Wynoś się stąd, służko. — Twarz Draco wykrzywiła się w szyderczym uśmiechu.
Nie spodziewawszy się tak szybkiej odpowiedzi, Gabrielle odskoczyła w tył i niepewnie zmierzyła go wzrokiem. Zbyt wiele dziś się wydarzyło, by mogła ot tak opuścić to pomieszczenie. Nie była pewna, ile Draco widział i słyszał, a jeśli stało się to, czego mogła uniknąć i poznał jej starannie skrywaną tożsamość (praktycznie od niej samej), czekała ją śmierć. Prawdziwie okrutna. Długa śmierć. Zwlekała zatem i przedłużała moment odejścia, aż w końcu nie mając wyboru, uprzednio pozbierawszy środki czystości i ścierki, ruszyła ku wrotom biblioteki. Rozchyliła je, modląc się w duchu do nieznanych bogów, by umysł Draco nie okazał się równie trzeźwy, jakim go zapamiętała ze szkoły.
— Zaczekaj — odezwał się nagle, jakby sobie coś przypomniał.
Gabrielle powoli zaczynała żałować swojej lekkomyślnej natury, gryfońskiego przywiązania do przyjaciół – których zawiodła, ujawniając się przed wrogiem. A nawet tego, że nie potrafiła zarzucić na twarz maski i pozbawić się wszelkich emocji. Była słabym szpiegiem w szeregach wroga.
— Skąd się tutaj wzięłaś? Służbie nie wolno odwiedzać tego miejsca. — Przyglądał się jej podejrzliwie.
Mijały długie minuty. Zapadła niczym niezmącona cisza. Draco niecierpliwił się coraz bardziej, podczas gdy Gabrielle traciła nadzieję, że to zwykłe pytanie, w żaden sposób niezwiązane z Kamieniem Wskrzeszenia.
— Nie słyszałaś, służko? Pytałem o coś — powiedział ze złością, którą oczy nie zdążyły jeszcze zapłonąć.
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie, spuściła nisko głowę i pobladła. Wyglądała, jakby miała zaraz runąć na ziemię i nigdy się nie podnieść. Niewzruszony tym Draco usiadł w fotelu, dając jej niemy znak, że nie wyjdzie dopóki nie pozna odpowiedzi na zadane pytanie, toteż wreszcie dziewczyna cicho odpowiedziała:
— Sprzątałam. Było tu pełno kurzu. Część wciąż unosi się w powietrzu. To wielka szkoda, by te piękne woluminy niszczył brud, paniczu Malfoy.
— I ty to oceniłaś? — Uniósł kpiarsko brew. — Sądzisz, że jesteś godna być w tym miejscu, dotykać tych drogocennych ksiąg? Niektóre z nich zapłonęłyby w twojej dłoni od brudnej krwi, szlamo. — Złość zamaskowała gorycz, którą przed momentem było wypełnione jego serce.
— Nie, paniczu, oczywiście, że nie. To pani Malfoy kazała mi oczyścić to miejsce — wyjąkała, choć już bez śladu paniki w głosie.
Draco uspokoił się na myśl o matce i ponownie zaczął wpatrywać się w nieznany jej punkt na ścianie. Zdawało się, że zapomniał o wszystkim, a jeżeli nie, to po prostu niczego nie zauważył. Gabrielle powoli głupiała w jego towarzystwie. Czuła się co najmniej dziwnie, ale nie dlatego, że nigdy wcześniej takiego go nie widziała. Po prostu nie mogła znieść jego cierpienia. Jakże podobni byli teraz.
— Odeszła — zaczął mówić, nie dbając o to, czy Gabrielle go słuchała — na zawsze. Nie ma jej już przy mnie. Zniknęła.
— Paniczu? Wszystko w porządku? Kto zniknął? — pytała, lecz nie oczekiwała, że odpowie.
Draco jednak postanowił inaczej.
— Astoria. Moja Astoria — szepnął, a jego twarz wykrzywiła się w wyrazie niepohamowanej udręki. — Rodzinna klątwa znów ją dotknęła, silniej niż kiedykolwiek. Miała problemy z oddychaniem, jakby jej płuca stały się nagle za małe. Nie mogłem nic zrobić. Żadne z zaklęć nie pomagało, więc pozwoliłem jej odejść. — Oczy Draco błyszczały od pojawiających się łez, ale to słowa były najbardziej przygnębiające. — To była jej decyzja.
Gabrielle nie wiedziała, co powinna powiedzieć, by powstrzymać dławiącą go gorycz, toteż milczała i cicho śledziła jego reakcje.
— Nie chciała, bym przez nią cierpiał — rzekł niezbyt przekonywująco. — Nie mogła przecież przewidzieć, że to i tak się stanie.
— Co z eliksirami? — zapytała dziewczyna.
— Bezużyteczne — wtem powiedział twardo, jakby wcale nie miało to dla niego znaczenia. — Nie zrozumiesz tego, służko.
— Nie zrozumiem? — Zdusiła w sobie histeryczny śmiech. — Straciłam w tej wojnie rodzinę, przyjaciół i chłopaka. Wątpię bym nie czuła choć odrobiny tego co ty — wyrzuciła z siebie na jednym wydechu, kompletnie zapominając, że to nie czasy szkolne, tylko życie pośród śmierciożerców.
Nie zdążyła złapać oddechu, a już stał przed nią z różdżką wymierzoną wprost w jej gardło, z szyderczym uśmiechem na licu i czymś na miarę obłędu. Jego oczy lśniły wyzywająco, kiedy mierzył wzrokiem dziewczynę.
— Kim ty jesteś, by tak do mnie mówić, szlamo? Nie pozwalaj sobie — rzekł i odsunął nieznacznie różdżkę. — Czarna magia była równie bezsilna co ja.
Musiała odetchnąć kilka razy, by zrozumieć, że znowu opowiada jej o swoich próbach uratowania Astorii.
— A co z białą magią, paniczu? — spytała, a na twarzy Draco pojawiło się szczere zdumienie.
— Biała magia? To niemożliwe. Jest słabsza niż czarna.
— Jednak czasami niezbędna.
Draco przycisnął różdżkę do jej krtani na tyle mocno, że zaczęła się krztusić.
— Co wiesz o białej magii? — Przypatrywał jej się krytycznie, jakby znał ją od dawna.
— Istnieją pewne zaklęcia usuwające czarnomagiczne klątwy. 
— Masz mnie za głupca? Sądzisz, że je pominąłem?
— Och, nie, paniczu — powiedziała szybko. — Ale są zaklęcia, które rzuci tylko osoba potrafiąca wyczarować patronusa. Wtedy zadziałają poprawnie i zniwelują skutki uboczne czarnej magii.
Zamilkli oboje, zastanawiając się nad sensem tej dyskusji.
— Czy byłabyś w stanie rzucić te zaklęcia? — spytał po długiej przerwie. Nie było w tym żadnej ironii.
— Tak.
— A więc znajdziesz je dla mnie i uratujesz Astorię, służko.
Słowa padły, zadanie wyznaczyły.
Czas spełnić prośbę i ocalić życie.